Jestem, jak najbardziej.
Co się dzieje? Nic się nie dzieje. Minęło tyle cholernego czasu, prawda? Pamiętacie, jaka byłam szczęśliwa w zeszłoroczne walentynki? Nie pamiętacie. A dziś pada już śnieg. Wczoraj krzyczeliśmy wiosna, drugiego lutego pożegnałam się z zimą. A dziś pada już śnieg.
Gdzie jestem? Tutaj jestem, na ownlogu (lann) jestem. I na wspomnianym w komentarzu do poprzedniej notki - epulsie. Tam wołają na mnie po imieniu - Esqueel. Nie żadna Jadźka. I moja chora miłość. Jaka miała być? Magiczna?
***
Nie wiem. Cały dzień w tej fontannie zdarzeń, mignięć, mrugnięć. Wciąż zbyt niewinnych, jak dla mnie, spojrzeń. Początek, możliwie najlepszym. Dziennik chyba się na mnie uwziął, albowiem w tym tygodniu odpuściłam sobie już dwie godziny lekcyjne, a oni jak na złość nie sprawdzali wtedy obecności. Dodatkowo, pani Z. całkiem sympatyczna. Prawie, jak pani T. A właśnie - ciekawe, jak mają się kangury. Chris! Dobra, inna myśl. Bigos już zawsze będzie mi się kojarzył z opalonymi 30-latkami i "solarką". ;>
Inna myśl! Inna... myśl. Wąs. Um, jeszcze inna. Zimne dłonie. Droczący się gorąc. Wrzące przystanki zaśnieżonego stycznia. Potem chłód lata. Chyba do dziś mam bliznę na ramieniu. Już nie myślę o tym, jak o czymś złym, co nie powinno mieć nigdy miejsca i o czym należy zapomnieć. Chociażby ta blizna, która nie pozwoli. Znak na ciele, jak to "kochasz?" pisane na skórze do krwi, której nigdy nie chciało żadne z nas. I znów przenoszę się tam, do krzywizny dolnej wargi, znowu czuję szum igieł, ocierających się o siebie w dzikim ataku euforii, nie zważającej na sąsiadującą bezsenność. Poślizgnęłam się na szorstkiej powierzchni języka, pochłonęłam brodę i nos, i wszystkie policzki. Ciepło. Cieplej. Bogini, pozwól mi znów uwierzyć.
piątek, 15 lutego 2008 ~ 10:31:08
pisz. 0.
coraz bliżej święta.
Kurwa mać, wiecie, że to już grudzień? Listopad minął, jakby nigdy nic, mnie coś opentało. I katuję świeczki. Jedną dziennie. Uwielbiam łapać w dłonie ten czarny dym, ostatnie tchnienie gasnącego knota. A teraz nadchodzą święta. Choinka zapłonie tysiącem kolorów. Marzenia nigdy się nie spełnią.
Ty mi się nigdy nie spełnisz. Może dlatego, że żyjesz w myśl przysłowia, by nigdy nie wstępować dwa razy do tej samej rzeki. Ale przecież byłeś jedynie na moim brzegu. Już nie wierzę w loczki.
Nie martw się, że odgrzewane nie tuczy. Bądźmy razem na tej pieprzonej diecie. Muszę schudnąć, kupiłam sobie za małe spodnie. I doskonale wiemy o co chodzi.
A was mam między Jarkiem, a Lechem.
niedziela, 16 grudnia 2007 ~ 22:06:34
pisz. 3.
W drodze do siebie.
Idę chodnikiem, rozkopuję po nim pożółkłe jesieni liście. W uszach mam słuchawki, chociaż doskonale wiem, że zepsułam je nieszczęsnym kopniakiem w KFC. W myślach nucę piosenkę, którą chciałabym teraz usłyszeć, choć wiem, że nie ma takiej siły, która przywróciłaby już, teraz moje słuchawki do elektronicznego życia. Rozmyślam o swoich wagarach, o tym, jak Tomek nagle wpadł do domu. Mam nadzieję, ze nic nie powie mamie. Miałabym przechlapane. Koniec komputerem, komórką, kieszonkowym i jazdą konną do czasu poprawy permamentnej. Wiem, że coś takiego w moim przypadku nigdy nie nastąpi.
Wiatr szaleje w moich włosach, a moje myśli wraz z nim wylatują mi przez uszy, bardzo broniąc się, przed wypłynięciem na usta w postaci słów.
"Jeszcze by ktoś usłyszał", pomyślałam, kpiąc sama z siemie. Rozejrzałam się dookoła - czy ktoś dostrzegł ten niecny uśmieszek? Nikogo niedostrzegam.
Skręcam w lewo, na ulicę Łużycką. Dziwnie wyludnioną, jak na tą wcześnie popołudniową godzinę. Gdzie dzieci wracające ze szkół? O, są. Na wspomnienie podstawówki w moim umyśle budzi się jedna z zakurzonych komórek. Przypomina mi się głos kolegi z czwartej klasy, który odszedł, bo się przeprowadził. W brzmieniu podobny do Donalda Tuska. A to wszystko przez zęby.
Przez jakiś czas w mojej głowie rozbrzmiewa ów głos, mieszany z echem słów z komitetu wyborczego Platformy Obywatelskiej. I te zwrotki wspomnień uciekają wraz z szumem liści tańczących z wiatrem na betonowych płytach chodnikowych i asfaltowej, podziurawionej ulicy.
Przechodzę przez ulicę, zakładam rękawiczki. Wchodzę na Lotników Polskich. Idę wzdłuż drogi pozbawionej jednego samochodu. Zerkam na niebo, na chmury przesuwajace się z wolna. Przypomina mi się cytat przytoczony przez Martę: "Chmury suną po niebie wolno jak woły". Zastanawiam się chwilę, czy dobrze w pamięci utkwiło mi to zdanie, mimo to w duchu się z nim zgadzam.
- Co, zimno w rączki? - z zamyślenia budzi mnie robotnik wysokościowy naprawiajacy od około tygodnia dach w bloku naprzeciw mojego, przewyższajacy mnie nimalże o połowę.
Mimo wolnie zerkam na swoje ręce skryte w rękawiczkach. Uśmiecham się pod nosem, nie mówiąc słowa w odpowiedzi. Idę dalej.
- Bidula - słysz jeszcze rozbawiony ton mężczyzny, skręcajac w lewo, na chodnik prowadzący do drzwi klatki schodowej mojego domu.
Odwracam się przez ramię, patrząc wrogo w kierunku obcego. Idę dalej. Po schodach, płosząc koty jedzące z prowizorycznej miski stojącej przy drzwiach swój obiad. I wyżej, na pierwsze pietro. Wyciągam klucz, otwieram drzwi. I znikam za nimi.
piątek, 12 października 2007 ~ 17:37:10
pisz. 1.
Bezrobocie.
Długo mnie tu nie było. Bardzo długo. Ponad miesiąc. Nie pisałam, ponieważ nie działo się nic ciekawego. Poza tym, że zostałam zajęta i zwolniona. A o tym drugim dowiedziałam się od przyjaciółki mojej i jego. Raz jeden byłam z nim szczera i tak mi się gad odpłacił. Zależy, z którego kierunku patrzeć, by ocenić mój stan psychiczny po tym "przykrym" incydencie. Z jednego mi to lotto, a z drugiego trochę nie bardzo. Bo to tak fajnie było znów kogoś MIEĆ NA WŁASNOŚĆ. I ani trochę nie przeszkadzało w zdradzaniu z tymi lepszymi.
Bo według niego związek opiera się na miłości, zaufaniu i szczerości. Ten akurat opierał się na jego naiwnej wierze w moją wierność i/oraz, że go nie opuszczę aż do śmierci. A potem chciałam zagrać raz fear i powiedziałam, że palę. No to się wypiął, bo matka jego dzieci (?!) nie może mieć nałogów! Tydzień później spotkałam się z tą przyjaciółką moją i jego, przy okazji, niestety, z jej bratem, o którym pisałam w poprzedniej notce. Pragnę zaznaczyć, że był jedną z większych pomyłek w moim życiu, jak się później dowiedziałam, poprzez korespondensję smsową. Tak, czy inaczej tydzień później dowiedziałam sie od wspólnej przyjaciółki, że zostałam zwolniona ze stanowiska.
W ten oto sposób zostałam bezrobotna.
środa, 5 września 2007 ~ 10:29:59
pisz. 2.
po lesie, nad ogniskiem.
początek był żałośnie beznadziejny. poznawanie ludzi. niektórzy nudni, niektórzy zajmujący. i poznawanie brata, w pewnym sensie i na jakiś czas zdawało mi się, że po części mojego. niekoniecznie brata. boże. zmasakrowana skóra stóp po podróży do wsi na mszę. manewry. a mówili, że będzie samarytanka. już się wczuwałam w złamania otwarte i omdlenia, aż tu nagle wpadł druh z wrzaskiem na ustach "alarm! macie 10 minut na spakowanie niezbędnych rzeczy". podchodzenie własnego namiotu z koleżanką. chowanie się pod pryczą, plecy tuż, tuż, przy namiocie, na którym komandos pisał "3". gdyby się rozejrzał... trum na na na na na na trum na na na na trup. noc do połowy w szałasie. pod zielonym kocykiem. w sumie to nie mam pojęcia od kogo on go wziął. mimo tego, że kocyk mały nie było mi zimno. późniejsze aluzje i bujna wyobraźnia doprowadzały mnie do histerycznego śmiechu. po kilku dniach nastąpiło milczenie. w między czasie wędrówka i spanie na sianie. potem milczałeś, milczałeś. jedynie na rozpionierce stwierdziłeś błędnie, że mam białe spodnie. a ja w nocy, że nie chcę cię znać. byłeś za blisko niej, by być bliżej ze mną.
i były patologie. i gejozy. przytulanie do młodszego, brudnego ramienia. chrzanić zakochaną blondynę. za moimi plecami, ten, co nie wierzył, że mogę milczeć cały dzień. do czasu mały trójkąt. potem przeturlałam się z lewego na prawy bok. i był budyń i były słowa. a brat stał przy ognisku i patrzył, jak dziś jest daleko. złamane serce. tym razem wcale nie moje. i mnie to nie boli, że kogos coś prze mnie boli. a żeby to wszystko opowiedzieć potrzebowałabym całego życia. i szymona, który marzy i rozmyśla podczas głodówki.
a teraz,
kiedy przy mnie śpisz
wybaczam wszystkie
te nienajlepsze chwile i dni.
dotykam
twoich rąk.
wiem, że już jutro
daleko będziesz stąd.
wszystko się zgadza. tylko dwa ostatnie wersy na odwrót.
czwartek, 26 lipica 2007 ~ 17:57:34
pisz. 1.
W trzy ognie.
Zaskakujesz mnie. Ty i on. Ona trochę mniej. No bo wiesz. On na mnie wyskoczył zza kiosku, a ty nie zrobiłeś właściwie nic. To znaczy... Nie chciałeś mnie zaskoczyć. A ona tylko napisała. Trzy osoby, które tak cholernie mnie zraniły. A dziś znów czuję, że mogłabym wam wszystkim zaufać i zapomnieć o tym, co kiedyś się wydarzyło. Tylko dzisiaj. A jutro dalej jedna wielka kłótnia i nienawiść. Ten jeden dzień.
Gdybym go chociaż dostała.
Kurwa nie! Kurwa wcale! Nie neutralnie. Pieprzone wersje oficjalne. Tylko ja wiem, co i jak tam stoi. I gdyby nie ja. Gdyby nie ty. Pewnie by upadło. Bo my brzmi tak bezsensu. Jak ten alfabet.
Dziękuję, że dzisiaj po mnie przyszedłeś, chciałeś mi wcisnąć jeżyki, powiedziałeś, że jestem piękna. I za to, ze już mnie nie pamiętasz.
Dziękuję ci za to, że nie odeszłaś, zaufałaś mi i powiedziałaś, jak jest i jak było. Czemu skończyło się tak, a nie inaczej. I za Dziuplę.
Nie dziękuję ci za nic, bo nic nie zrobiłeś. Być i mnie niszczyć może każdy. Tobie to wychodzi perfekcyjnie.
66 dni.
Ps. One wszystkie są fałszywe.
piątek, 29 czerwca 2007 ~ 20:45:42
pisz. 2.
fantasmagorie.
Dawno nic nie pisałam. Prawdopodownie wiele się wydażyło. Nie wiem. Może. Ale ja mam wrazenie, że ten czas przeleciał obok mnie. Mogłam tak wiele zrobić. Siedząc na tych wygodnych kolanach. Teraz pamiętać coś więcej niż twarz, czy dotyk. Może smak? Zapach? Bo bez niego mi lepiej, ale z NIM byłoby doskonale. Zawsze wydawało się, że z jakimkolwiek NIM świat byłby idealny. Bo bez NIEGO, Jak toruń bez pierników. Hihi. Dokładnie. Już wiem, za co kocham toruń.
W toruniu był też pan arek. Tańczył tylko dla nas, a teraz pewnie tańczy dla innych. Wycieczek, ma się rozumieć. "Widać, że toaleta dla mężczyzn", szepnął wskazując obnażoną panią na plakacie. Ha! Zaśmiałyśmy się, szalone.
T., twoje kolana to siódme niebo w wersji xxl da lux. Myśl, że niedługo (68 dni), znów cię ujrzę, dodaje tym wakacjom uroku. na prawdę.
Jedyne korzyści z posiadania dorosłego brata, to posiadanie dorosłej gitary. Oczywiście - przez brata. Rodzice nie skąpią, jeśli chodzi o prezenty na osiemnastkę. Ogniska już dogasa blask... D A D G D A D G D. Moje palce.
Uczę się piosenek harcerskich. Jadę na obóz. Już niedługo, już niedługo!
Ps. Swoje chore aluzje zachowaj dla siebie chorego, mój drogi nałogowcu. Twoja heroina.
Edit. 28 czerwca 2007, 20:28.
Doszłam do wniosku, że pisanie z WIELKIJ lityery jest bardziej estetyczne, a o to tu chyba chodzi. Przynajmniej mi. A poza tym - co by nie było niedomówień. Bo pewne pojedyńcze litery wyglądały nie tak, jak powinny. A to złe. Bardzo złe.
środa, 27 czerwca 2007 ~ 16:31:04
pisz. 2.
nie rozumiesz.
w takie dni, kiedy umieram wszystko jest zbędne. możesz odejść. odejdź. ale możesz też zostać. wszystko jest mi obojętne. słyszysz znużenie w moim głosie? chciałabym powiedzieć ci, jak bardzo się boję dzisiejszej nocy. wiem, że będę płakać. bez powodu. zawsze dlatego płaczę. i mało do mnie dociera. kiedyś nawet spytałeś czemu. pamiętam dokładnie ten dzień. "płakałaś?" bo to było najważniejsze. miałam czerwone oczy i tonę podkładu na twarzy. to jest tak sztuczne. ale one mówiły, że nie widać. stwierdziłam, że jestesmy przyjaciółmi. mimo powagi tamtego dnia cieszę się na myśl o nim.
ale nie o tym chciałam mówić. właściwie to o niczym. właściwie, to chcę spać. tak bardzo chcę spać. podaj mi tej nocy chusteczkę. bo wiem, że przyjdziesz. musisz przyjść. weź chusteczki - proszę.
za oknem minus pięć,
nie kocham cię już.
wiatr zrywa czapki z głów.
nie kocham cię już.
przez noc zasypie śnieg nasz park.
dzieciaki wyjmą rankiem z piwnic sanki.
nie ma mnie tu.
duch ciało opuścił.
za oknem dziki skwar.
nie pragnę cię już.
powietrze ani drgnie.
nie pragnę cię już.
przez noc pogrąży się nasz park
w nieznośnym wręcz odcieniu zieleni.
sobota, 9 czerwca 2007 ~ 13:07:42
pisz. 1.
każdym oddechem woła o ciebie.
łoł! jeszcze raz! ^^ chcę jeszcze raz! stanąć tam, tuż pod jej stopami, machać rękami, klaskać, krzyczeć! razem z nią i z tym tłumem. dzikim tłumem, chorym tłumem! radosnym tłumem...
elektro brodka, marek w ekstazie i fryderyk, w którego trafił piorun. a później już tylko szalony, dziki plons. śpiewaliśmy piękniej od niej. za to ona ma nogi chudsze od moich. i ma piękne kolana. muszę mieć takie spodnie.
poza tym - martuś. ;^
sobota, 26 maja 2007 ~ 21:26:44
pisz. 1.
lubić.
rozmowy od serca z końcem świata są całkiem przyjazne i sympatyczne. lubię je. lubię cię. i nadal pamiętam o tym masażu.
niedziela, 20 maja 2007 ~ 11:48:27
pisz. 3.
who the fuck is alice?
wczoraj miałam urodziny. piętnaście lat za plecami. prawdopodobnie jakaś jedna czwarta życia. mam same przyjaciółki, nawet ten pieprzony smses nie zmieni nic. przyjaciela już nie mam. pierdolę to wszystko. pierdolę ich wszystkich.
dziewiąty maj.
przepraszam p. bo p. jak przyjaciel. od tego całego kłamstwa mam mętlik w głowie. mylę wszystko.
wtorek, 8 maja 2007 ~ 17:57:52
pisz. 1.
to już koniec bejbe.
i już. już po wszystkim. myślałam, że bardziej to przeżyję. w końcu jeszcze dwa miesiace temu, w piątek, było siedzenie na parapecie, wypadanie z okien, jeden wielki płacz, żal i nienawiść do życia. dziecięce zagrywki. a teraz się cieszę. wreszcie czuję, że żyję. słońce kiedyś musiało wyjść.
wiem, że będzie po łukaszu puste miejsce w sercu. wiem, że nie raz jeszcze pożałuję tego co wczoraj zrobiłam. ale dzisiaj się cieszę. wiem, ze jeszcze zatęsknię za tym co było i za tym co mogło być. ale kiedy wiem, że one są za mną i we wszystkim mnie wspierają, pocieszają i głaszczą po głowie i zawsze będą popierać moje czyny (w granicach zdrowego rozsądku), czujję się jeszcze cudowniej.
Mały Książę powiedział kiedyś, "Nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela.".
kolejna nowość, już mniej przyjemna, to taka, że oliwia wróciła na scenę. akurat teraz. w chwili, gdy i tak mam już zbyt wiele zmartwień.
ale może wytłumaczę. oliwia odkąd ją znam, zawsze robiła mi pod górę. ale ja jestem naiwna. zaufałam jej. traktowałam ją jak przyjaciółkę, pomagałam jej, łamałam żyletki, wrzeszczałam na nią, zabraniałam. traktowałam ją jak młodszą siostrę. a ona... ona mnie zdradziła. nie napiszę co konkretnie zrobiła. ale zabolało tak, jakby na żywca wyrwała mi serce z piersi.
potem nałykała się tabletek, podobno przez pewnego pana, a według mnie z własnej głupoty i chęci wyjścia na pierwszy plan. może zabrzmi to okrutnie, ale wtedy byłam szczęśliwa. napisałam jej, ze żałuję, że jej się nie udało, żeby zrobiła przysługę światu i nałykała się czegoś raz jeszcze. i nic wicej.
a ona wróciła. uśmeichnęła się do mnie, jakby nigdy nic. nienawidzę jej. nienawidzę...
cieszę się tym tygodniejm, bardzo się cieszę.
sobota, 28 kwietnia 2007 ~ 15:40:06
pisz. 1.
też mam czarny stanik.
alicja sobie pospała. taki mały sen wiosenny. nadrabiałam zaległości. w zeszłą środę lekko oczko otwarła, by zaraz znów je zakleić taśmą klejącą. dostała buziaka, polizała słodką skórę, mimo sprzeciwu skóry właściciela. a teraz, powoli, zamienia się w lan. kupię sobie różdżkę i wyczaruję sobie koronę.
dziś obudziła się na dobre do następnej wiosny. do następnego słodkiego przebudzenia.
(czeka do osiemnastej i pisze smsa, dosyć tego milczenia i przerzucaania obowiązków z rąk do rąk. weźmie je na głowę i zapnie pod szyję.)
poniedziałek, 9 kwietnia 2007 ~ 11:44:44
pisz. 3.
zaproponuj coś.
dziś po raz pierwszy od paru tygodni mogłam powiedzieć ci szczerze - jestem szczęśliwa. dziś mogłam sie uśmiechnąć. tylko dla ciebię. dziękuję, że za mną poszedłeś, i że chciałeś klęczeć w błocie. tylko dla mnie. lubię tą wiosnę. ładnie się zaczęła. i będzie trwać, `aż nas śmierć nie rozłączy`.
hej ju! `moja ulubiona zabawko.` ;> tiaa. ;F
środa, 21 marca 2007 ~ 20:15:13
pisz. 4.
bez znaczenia już
w końcikach ust uśmiechu ślad.
zcałuj mi łzy z policzka. bo ja tak nie umiem. być koło ciebie, dać ci siebie. mówisz, że miłość w naszym wieku jest gówno warta. wiesz. jeśli znów chcesz się zabawić, to dla mnie też. potrzebuję czułości, kogoś, kto będzie mnie przytulał, głaskał po głowie. a ty mi dajesz tylko słowa. i co z tego, że jesteś dla mnie zawsze, kiedy pewnie nie będziesz miał ochoty w sobotę? dając mi nadzieję, zabijasz we mnie szczęście. o tak. to mi się udało. ;/
nie uśmiechnę się. nawet dla ciebie.
poniedziałek, 19 marca 2007 ~ 08:20:37
pisz. 1.
Szablon wykonała Tabitha dla czekoladek i kieszonek.